Dzień, w którym założyliśmy pasiekę na zboczu kolumbijskich Andów

Od mojego pierwszego wpisu o pszczołach minęło trochę czasu. Ale wreszcie sen się spełnił! Po miesiącach planowania i przygotowywania terenu dookoła przyszłej pasieki, nadszedł ten dzień, kiedy postawiliśmy 12 uli na naszej fince w Fómeque. Ta emocjonująca przygoda, kiedy z Bogoty transportowaliśmy ule i pszczoły, nie skończyła się tylko na sobocie, ale dla mnie trwała do poniedziałku, kiedy o 21 godzinie, całkiem serio zmęczona wróciłam do mieszkania i padłam na łóżko. Ale wszystko po kolei!



ETAP 1: PLANOWANIE PASIEKI I PRZYGOTOWYWANIE TERENU

Nasza pasieka stanęła w połowie zbocza, które było trochę zapomniane, trochę leżało odłogiem, na którym ewentualnie od czasu do czasu sadziło się kukurydzę. Dokładnie w połowie tego stoku poprzedni właściciel zrównał ziemię i wybudował prostą konstrukcję, podobno do chodowli świń, ale zdaje się, że projekt nigdy do skutku nie doszedł. To miejsce - zarówno cały stok, jak i budynek - okazało się być idealnym na postawienie uli oraz na ogród, w którym pszczoły będą mogły szukać pożywienia bez potrzeby dalekich lotów.




Miałam zamiar opisać jak założyliśmy warzywniak, ale tak się rozpisałam, że zrobił się z tego kolejny post. Kto chce wiedzieć jak zakładać ogród warzywny w Andach i na co należy zwrócić uwagę? O tym niedługo. 

Ostatecznie i wysiłkiem wielu, w górnej części stoku stanęły grządki ogrodowe. Obok nich posadziliśmy drzewa owocowe (cytrusy, mango, awokado), a wszędzie w około posiana została kukurydza (która dla Kolumbijczyków jest tym, czym dla nas jest pszenica), arakacznik oraz maniok. Swoje miejsce dostały również krzewy, których kolorowe kwiaty zwabiają pszczoły na zbiory nektaru.



W niższej części zbocza, obok miododajnych eukaliptusów i rdzennego dla rejonu drzewa zwanego toquín (do których pszczoły ciągną można powiedzieć, że rojem), posadziliśmy 200 drzewek kawy coffea arabica. Białe i jaśminowe w zapachu kwiaty kawy są dla pszczół bardzo apetyczne. 
Przede wszystkim postawiliśmy na sadzenie roślin rdzennych dla Kolumbii, choć pozwoliliśmy sobie jak na razie na dwa egzotyczne wybryki: zasadzenie drzew paulownia, które dzięki szybko rosnącym korzeniom dodatkowo zapobiegają erozji gleby oraz srebrno-fioletowej, pochodzącej ze Starego Świata, lawendy.

W międzyczasie rozglądałam się za producentem uli, z jakiego drewna powinny być robione, jak impregnowane, jaki koszt, logistyka transportu. Pszczelarstwo to także specjalna odzież ochronna i cały asortyment narzędzi i gadżetów, które nawet nie wiem jak się po polsku nazywają. Jeszcze nie wiem.

ETAP 2: WIELKI DZIEŃ PRZEPROWADZKI - ZAKŁADAMY PASIEKĘ

Cała logistyka musiała scalić w czasie i przestrzeni:
- pszczelarza, który 12 królowych z pszczołami musiał sprowadzić spoza Bogoty (później dowiedziałam się, że jego rodzina posiada 60-letnią tradycję pszczelarską, co jak na Kolumbię jest sporym osiągnięciem),
- producenta uli,
- Jorge, naszego młodego ale jednak eksperta, od którego przez około rok (a na pewno, aż do czasu zbioru miodu) będziemy się uczyć praktycznego pszczelarstwa,
- znajomego z Fómeque, którego samochód dostawczy posłużył nam do transportu uli i pszczół,
- nas z Chanelką oraz teściową oczekującą na miejscu.





Pobudka o 6 rano, śniadanie i stanie w korku, bo z północy trzeba było pojechać aż do południowo-zachodniej stolicy. Tam załadunek uli i przejażdżka do kolejnego miejsca, aby odebrać pszczoły już obudzone słońcem i żądne wyjścia z uli na żerowanie. Potem jazda do Fómeque, czyli jak pokonać górską drogę o 50 kilometrach z 500 zakrętami, zmienić 3 razy strefę klimatyczną i nie dostać choroby lokomocyjnej. Na miejscu szybki obiad i wyjazd z całym cyrkiem na finkę. Tam czekała nas robota. Ponieważ ule są nowe, trzeba było najpierw wtopić około 100 węzów z woskiem w ramki. Na tym trochę czasu nam zeszło. Kiedy wszystko było już gotowe i ule znalazły się tam gdzie powinny, przyszedł czas na przebieranki i rozpalenie ahumador, czyli podkurzacza (podglądam sobie polską stronę producenta uli, bo daję słowo, że nie mam pojęcia jak się większość rzeczy po polsku nazywa!). Ahumador lepiej można by było przetłumaczyć jako odymiacz, no ale jest śmiesznie brzmiący podkurzacz.  

Potem ostrożnie i pomału zaczęło się przekładanie ramek z portanúcleos (ulik weselny) do nowych skrzyni, w których odbywa się rozród pszczół i która po hiszpańsku nazywa się alza czy cámara de cría, a po polsku po prostu - korpus. Dopiero, gdy rój będzie większy i silniejszy, będzie można postawić kolejny korpus, aby pszczoły zaczęły odkładać tam swoje pożywienie. 

Nasze ule, wykonane są z drzewa rdzennego dla Ameryki Łacińskiej i w Kolumbii zwanego przepięknie jako nogal cafetero, czyli orzech kawowy. 💚



I w pewnym momencie, zdaliśmy sobie sprawę, że przy jednej z kolumn, tuż przy dachu zrobiła się taka sytuacja!



Czy w trakcie przeprowadzki uciekła królowa, a za nią pszczoły? Czy to robotnice, którym w trakcie przeprowadzki zgubiła się królowa? Czy to nadleciał nowy rój w poszukiwaniu nowego miejsa zamieszkania? W tym momencie tego nie wiedzieliśmy. Wiedzieliśmy, że wielkimi krokami zbliżał się wieczór, a przed nami było więcej niż połowa uli do rozpakowania. Pod koniec zmietliśmy rój do wolnego portanúcleo (poniżej wideo). Skończyliśmy około 18. W Kolumbii dzień trwa od 6am do 6pm, więc o tej godzinie już zaczynało się szybko ściemniać. Jorge ledwo co zdążył na autobus powrotny do stolicy, z poleceniem, aby następnego dnia dać mu znać, co się stało z pszczołami uciekinierkami. Padliśmy na łóżko wyczerpani. 




W niedzielę rano okazało się, że rój wrócił na swoje miejsce pod dachem. Nie chcę Was zamęczać szczegółami całej akcji, tylko w skrócie napiszę, że Jorge tego samego dnia nie mógł przyjechać i umówiliśmy się na poniedziałek. Powrót do Bogoty w niedzielę, a w poniedziałek z samego ranka już byłam w samochodzie zawożąc pożyczone uliki weselne, kupując jeden nowy dla nas i znowu wyruszając do Fómeque, tym razem tylko z Chanel. Jorge dojechał po południu i kiedy ubrani w overole stawiliśmy się w pasiece, lepiej przygotowani na złapanie roju, ku naszemu zdumieniu okazało się, że zniknął. Czy pszczoły zadomowiły się w jednym z uli czy odleciały? Zaczęliśmy otwierać ul po ulu celem identyfikacji wszystkich królowych. Jeden z nich okazał się praktycznie pusty. W trakcie przeprowadzki, najwidoczniej królowa wyleciała, a za nią robotnice i osiedliły się pod dachem. W niedzielę jeszcze mieliśmy szansę na ich złapanie, ale już w poniedziałek zdecydowały się odlecieć w poszukiwaniu nowego miejsca zamieszkania. Królowę -uciekinierkę trzeba będzie zastąpić inną. Ale to przy kolejnej wizycie w naszej andyjskiej pasiece.

ETAP 3: NAUKA I DOŚWIADCZENIE

Choć mąż, ku mojemu zdumieniu, wyraża jak największe zainteresowanie pszczołami, to wiem, że pasieka jest moim obowiązkiem. Muszę całkowicie zanurzyć się w świat pszczół! Co dwutygodniowe wizyty w pasiece, dobrze będzie uzupełnić jakąś konkretną wiedzą. Dlatego też, w kwietniu i tuż po moich urodzinach, zaczynam studia podyplomowe z pszczelarstwa! 🎓🐝 

Do zobaczenia... pronto!

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.