Kolumbijskie barbecue

W zeszły weekend uczestniczyłam w obiedzie przygotowanym dla pracowników jednej z finek (czym jest finka? - można przeczytać "TUTAJ"). Taki obiad zwykle wyprawia się raz do roku i jest formą podziękowania pracownikom i kontrahentom za ich ciężką współpracę przez miniony rok. Popularną formą jest przygotowanie jedzenia w postaci kolumbijskiego barbecue czyli lokalnej wersji polskiego grilla.

Najczęściej ten zestaw tworzą: mięso (wołowina, wieprzowina, kurczak lub kaszanka), ziemniaki gotowane w mundurkach, różnego rodzaju lokalne chlebki, dodatki typu guacamole, pikante sosy do mięs i "mazorca" (czyli słodka kukurydza). Jeżeli osób zaproszonych jest niewiele, można przygotować "parrilla" - czyli wersję polskiego grilla, gdzie pręty do smażenia ustawione są poziomo (horyzontalnie). Jeżeli osób jest więcej (na obiedzie mieliśmy blisko 50 osób), bardziej opłaca się zatrudnienie fachowca od grilla wertykalnego, na które pręty nadziewa się całe części ciała świniaka, cielaka, krowy, czy kapibary. Ten styl pieczenia można określić jako "a la llanera", której nazwa wywodzi się od regionu kolumbijskiej sawanny, zwanej "Los Llanos".


Tym razem pod nóż poszedł 6-miesięczny świniak z własnej hodowli.





Wielu obcokrajowców (i mam na myśli głównie Amerykanów), którzy przyjeżdżają do Kolumbii i są zapraszani na kolumbijskie BBQ, są przerażeni jak na talerzu serwowana jest im "morcilla". "Morcilla" po angielsku to "blood sausage", czyli w dosłownym tłumaczeniu krwista kiełbasa. Wcale im się nie dziwię! Gdyby mi ktoś zaserwował danie, które w nazwie ma krew, to nie wiem czy bym się skusiła. Ale ponieważ "morcilla" to po polsku kaszanka, więc jesteśmy w domu :)



Wyżej wspomniany świniak w części posłużył do zrobienia świeżutkiej kaszanki - na zdjęciu po prawej stronie.







Ziemniaki zwykle są gotowane w mundurkach i może to być albo "papa salada" - normalnej wielkości ziemniaki, które po ugotowaniu posypuje się obficie solą morską, lub uwielbiana przez Kolumbijczyków "papa criolla" - malutkie, bardzo żółte i lekko słodkie ziemniaczki. Kolumbijczycy bardzo często, tuż po ich lekkim ugotowaniu, wrzucają je do wrzącego oleju aby uzyskać chrupiącą skórkę. W naszej wersji poszły do wolno stojącego pieca z kamienia. 





Co kraj to obyczaj i tak jest w Kolumbii. Tutaj bardziej niż chleb pszenny, popularne są "arepas", czyli różnego rodzaju, wielkości, grubości i smaku chlebki z mąki kukurydzianej. Ale nie samą kukurydzą Kolumbia żyje. Uwielbiane są o charakterystycznym kształcie "pan de yuca" wyrabiane z manioku (hiszp. "yuca") oraz ze świeżo zrobionej "cuajada" [czyt. kuahada], lokalnego rodzaju sera białego wyrabianego z większą niż Polsce ilością serwatki, która po upływie czasu sama zaczyna się oddzielać od sera.



Poniżej zamieszczam zdjęcia z przygotowania "pan de yuca" oraz jak wyglądają zaraz po wyjęciu ich z pieca.





Dla mnie najciekawszym kolumbijskim wyrobem z lokalnych chlebków jest "pan de sagú". Jest to chlebek w postaci sterczącej krasnoludkowej czapeczki wyrabiany z mąki z rośliny, która w Kolumbii zwana jest jako "sagú", a po polsku: maranta trzcinowa (łac. Maranta arundinacea). Jeżeli ktoś się interesuje zdrową żywnością i naturalnymi kosmetykami, spieszę poinformować, że mączka w języku angielskim jest znana pod nazwą jako "arrowroot".



W Kolumbii niewiele osób wie co to jest "sagú", a to dlatego, że upraw maranty jest niewiele (jeden z wiekszych zasiewów znajduje się w Fómeque w Cundinamarca). Żeby jeszcze bardziej skomplikować sprawę, wszyscy znają i uwielbiają kolumbijskie przysmaki zwane "achiras". Jeżeli spytać kogokolwiek z czego są wyrabiane ciastka achiras, to odpowie, że z mąki achiras. Niestety... takiego czegoś nie ma. Achiras wyrabiane są właśnie z mąki skrobiowej zwanej sagú, którą otrzymuje się z kłączy rośliny Maranta arundinacea.



Na zdjęciu po lewej stronie krasnoludkowe kapelusze z maranty, a po prawej "pan de maíz" czyli rodzaj arepy-chlebka z mąki kukurydzianej.




Do picia zwykle podaje się piwo, napoje gazowane, jak również naturalne soki. Bardzo popularnym w Kolumbii jest tzw. "refajo", które otrzymuje się poprzez połączenie piwa z popularną lokalną oranżadą - jest to kolumbijska wersja polskiego piwa z sokiem malinowym.



Jeżeli po tak obfitym posiłku jest jeszcze miejsce na deser, to królować na pewno będzie "merengón", kolumbijska wersja Pavlovej. W czystej wersji, bez dodatków, jest to beza z kawałkami pysznej i lekko kwaskowej guanabana, kontrastującej w smaku ze słodką bitą śmietaną i truskawkami. Bomba cukrowa! Ale pyszna bomba cukrowa....




Do zobaczenia... pronto!


Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.