Owoc níspero - orzech i guma do żucia. Magiczne 2 w 1.

NIEZAPOMNIANY OWOC W NIEZAPOMNIANEJ RESTAURACJI

Pewnego wieczoru w Santa Marta wybraliśmy się do popularnego wśród lokalnych mieszkańców miejsca, do którego pewnie nie zajrzałby żaden turysta. I to nie tylko dlatego, że widokiem nie zachęcał do wejścia, albo właściwie do przejścia gdyż cała rzecz działa się na otwartym powietrzu na rogu jednej z ulic. Ale jak ktoś zna hiszpański lub angielski, to generalnie może przeczuwać, że miejsce o nazwie "El Vómito" [pol. wymioty] raczej z jedzeniem (czy czymkolwiek innym) raczej dobrze nie powinno się kojarzyć. Kontrowersyjna nazwa budziła jednak zainteresowanie, więc udaliśmy się na degustację lokalnej kuchni w "El Vómito. El Original. Mata El Hambre" [pol. Wymioty. Oryginalny. Zabija Głód]. Hmmm.....

Ten post nie jest o tym oryginalnym miejscu, ale napiszę jedynie, że jedzenie jest niesamowite: hot-dogi, pizze, haburgery z wieloma różnymi dodatkami i wersjami. Wersja najbogatsza nazywa się oczywiście "vomito" czyli zawiera wszystkie dodatki :)) Polecam zwłaszcza hot-dogi i zapewniam, że takich jeszcze nie jedliście! Całkiem zasłużenie miejsce jest oblegane przez lokalnych mieszkańców co wieczór.... już od 13 lat.

W każdym razie, to tam po raz pierwszy spróbowałam soku z owocu zapote costeño oraz z níspero, które zawróciło mi w głowie swoim orzechowym smakiem. Bo orzechy oczywiście uwielbiam :)

NISPERO... PO POLSKU?

Już nie po raz pierwszy zdarza się, że w poszukiwaniu informacji o owocu w internecie oraz jego polskich nazwach, spędzam przed laptopem znaczną ilość czasu. Okazuje się, że wiele z owoców tropikalnych, które można spotkać w Kolumbii ma swoją lokalną nazwę, która czasami nie jest uwzględniana w internetowych encyklopediach. A jeśli jest, to potem jesteśmy przekierowani na inną stronę, gdzie owoc niby podobnie na zdjęciach wyglądający, ma inną nazwę, a nasza wcale się tam nie pojawia. I wracam wtedy do wyszukiwarki aby potwierdzić czy obydwie nazwy oznaczają ten sam owoc - bo przecież nie będę Wam pisać bzdur.

W Kolumbii owoc popularnie zwany níspero (z akcentem na "i"), po hiszpańsku nazywa się również manilkara zapota, sapodilla, chicozapote, a po polsku.... pigwica właściwa (w życiu bym nie powiedziała, zwłaszcza, że nazwa kojarzy się z pigwą, która bardziej przypomina małżeństwo jabłka z gruszką niż moje níspero). Oprócz pigwicy funkcjonują nazwy sapodilla i sączyniec właściwy.

O OWOCU SŁÓW KILKA

Owoc niewielki, owalny i o miernym wyglądzie. Na pierwszy rzut oka skojarzył mi się z ziemniakiem, który gdzieś schował się na wiele miesięcy przed ludzkim okiem i zaczął pomału więdnąć oraz mięknąć. Dojrzałe níspero będzie właśnie lekko miękkie, o cienkiej skórce, a po przekrojeniu o miąższu koloru pomarańczowego, który łatwo wyjeść łyżeczką. W miąższu znajdziemy kilka łatwo wydłubywalnych czarnych pestek. Owoc jest słodki choć średnio smaczny do jedzenia, to znaczy osobiście smakiem mnie nie powalił - być może ze względu na gruszkową teksturę. Zdecydowanie fantastyczny jako koktajl mleczny, gdzie nasze kubki smakowe odnajdą posmak orzechów włoskich. Pycha! Znawcy rozpoznają marchewkowy smak zapote/sapote, które pochodzi z tej samej rodziny co níspero, czyli sączyńcowate [łac. sapotecae]. Wcale nie trzeba dodawać cukru, bo ilość fruktozy zawartej w sapodilla zupełnie wystarcza, a koktajl jeszcze tak fajnie się spienia podczas miksowania. Zdecydowanie polecam jego spróbowanie jeśli pojedziecie na wybrzeże kolumbijskie. W Bogocie jest żadkością, chyba, że wiesz gdzie szukać aby kupić.

Pigwica pochodzi z Ameryki Łacińskiej, głównie z Meksyku i Ameryki Centralnej. Dziś jej uprawy można spotkać także na Filipinach (gdzie została przywieziona przez hiszpańskich kolonizatorów) oraz w Indiach i Pakistanie.

Ciekawostka! W młodych owocach oraz w gałęziach i w korze drzewa znajduje się latekst - mleczny sok, który w 25-30% zawiera gumę [hiszp. chicle], która służy do wyrobu.... właśnie gumy do żucia!








1 komentarz:

BlondeDownUnder pisze...

zarąbiste! sama prowadzę bloga z tropikalnej Australii. Dzis kupiłam sapotille na targu owoców tropikalnych. Polecam zajrzeć do mnie, niedługo wyruszam w australijski outback:-) Justyna www.blondedownunder.blogspot.com

Obsługiwane przez usługę Blogger.