Dzieci z biednych dzielnic Bogoty



W tygodniu poprzedzającym Święta Bożego Narodzenia wybrałam się z przyjaciółmi aby podarować świąteczne prezenty dzieciom mieszkającym w biednych dzielnicach Bogoty. Przyjaciele to nauczyciele w szkole, w której szlifowałam hiszpański, która raz w miesiącu sponsoruje obiad w jadalni w dzielnicy Ramirez i Girardot w Bogocie. W grudniu wraz ze studentami dodatkowo rozdają prezenty pod hasłem "Podarowując uśmiechy w Boże Narodzenie".

Chciałam się z Wami podzielić i doświadczeniem i zdjęciami z tego magicznego miejsca, które od miesięcy odwiedzam. Robię to w momencie pomiędzy świętami Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem z nadzieją, że może uda mi się wzbudzić trochę refleksji nad dobrze poukładanym życiem w Europie, a życiem innych ludzi, którzy nie mają dostępu nawet do bieżącej wody.



Ale zanim opowiem Wam o jadalni, zachęcam do przeczytania najpier mojego wpisu o kolumbijskiej stratyfikacji ludności, bez której podstaw nie w sposób w pełni zrozumieć to, co opisuję poniżej.

Wszystkie zdjęcia zrobione są w Jadalni Świętego Franciszka z Asyżu (hiszp. Comedor San Francisco de Asis) prowadzonego przez siostry zakonne. Jadalnię finansowo wspomaga najlepsza szkoła hiszpańskiego w Kolumbii Nueva Lengua, dzięki której organizowane są te miesięczne wyprawy.



JADALNIA ŚWIĘTEGO FRANCISZKA Z ASYŻU

W domu, w którym mieści się jadalnia znajduje się także biblioteka i wypożyczalnia zabawek oraz sala komputerowa. Sam budynek ma kilka pięter, w którym bardzo młode mamy spokojnie mogą opiekować się swoimi pociechami. 

Od samego założenia siostry zakonne współpracują z okolicznymi mieszkańcami - np. w jadalni pracują kobiety, które mieszkają w Ramirez czy Girardot i nie mają innej pracy. Zresztą bardzo sympatyczne panie. 

Siostra zakonna, zwana Blanca (Biała) opowiada, że jadalnia codziennie na obiad przyjmuje 216 dzieci ze 104 rodzin. Dzieci, które nie skończyły 14 lat.

Cały budynek jest zawsze zamknięty i zawsze ktoś pilnuje wejścia przed niepożądanymi osobami - ta ostrożność ma na celu zapewnieniu nie tylko pracującym, odwiedzającym czy po prostu dzieciom poczucia bezpieczeństwa, którego wielokrotnie poza bramą jadalni im brakuje. Nie dziwi więc lekka opryskliwość czy nieufność u niektórych nieletnich - bronią się przed nieznanym i czego nauczyła ich ulica.



SZOK KULTUROWY

Pierwsze doświadczenie w zetknięciu się z tymi dziećmi budzi u odwiedzających różne reakcje. Po pierwsze, niektórzy studenci szkoły (zwłaszcza Europejczycy lub Amerykanie) nie są w stanie uwierzyć, że nadal jesteśmy w Bogocie. Drudzy ostrożnie podchodzą dzieci i tylko serwują dania, a porządek jest taki: najpierw zupa, potem drugie danie i na końcu kompot. Inni zajmują się karmieniem tylko małych dzieci (takie co to jeszcze mówić nie umieją i trzeba ich karmić łyżką). A jeszcze inni i roznoszą dania i wdają się w dyskusje ze starszakami. Podczas mojego pierwszego razu, chyba przeżyłam lekki szok kulturowy (tyle dzieci, większość biednie ubrana, niektóre przyszły umorusane, inne pod czapką skrywały gołą główkę, którą trzeba było ogolić bo we włosach zalęgły się wszy). 

Ale jak w którymś momencie widzisz zasypiającego nad miską maleńkiego chłopczyka, albo trzyletnią dziewczynkę, która po skończeniu jedzenia obchodzi dookoła stół poprawiając krzesła - totalnie cię to rozwala i potem jest już super. Już znam imiona niektórych dzieci, ze starszymi dziewczynami prawie się przyjaźnimy.



HISTORIA JEDNEJ FRANCUZKI

Ostatnim razem przy odwiedzinach było nas całkiem sporo i kiedy wszyscy rzucili się rozdawać obiady, zauważyłam młodą dziewczynę, która wbita w ziemię stała pośrodku salonu, trochę zawadzając. Aby dodać jej kurażu zasugerowałam delikatnie, że jeśli chce to może pomóc przy roznosinach talerzy. Ona mi na to odpowiedziała, abym dała jej 5 minut. To mi wystarczyło aby zrozumieć, że była przerażona

Szybka interwencja u nauczycieli sprawiła, że zabrali ją do pokoju gdzie dzieciom rozdawane były prezenty. Potem o niej zapomniałam. 

Jakiś czas później omało nie padłam z wrażenia na ziemię jak zobaczyłam, że roześmiana nosiła na rękach jedno dziecko za drugim. Co za przemiana!

Kiedy wracaliśmy zwróciła się do mnie przepraszając za swoją niegrzeczność i opowiedziała, jak to jej francuscy rodzice wychowali ją pod kloszem bezpieczeństwa i niewiedzy o prawdziwym świecie. Przyznała, że na początku była przerażona, ale przemogła się i pod koniec była w siódmym niebie. 

I o to w takim miejscu też chodzi: z jednej strony dajemy dzieciom ciepło, rozmowę, uwagę i pozytywny kontakt fizyczny, a z drugiej strony one na nas też wpływają i zmieniają nasze europejskie czy amerykańskie, trochę skrzywione dobrobytem spojrzenie na świat. Wszystkim to polecam! Lepsze od niejednej terapii :)



WRAŻLIWOŚĆ SPOŁECZNA

Mam wrażenie, że w Kolumbii jest większa wrażliwość społeczna na biednych (nie dziwne skoro tak dużo jest tutaj ludzi, którzy żyją za na prawdę niewiele). Podoba mi się, że wiele kolumbijskich firm jest zaangażowanych społecznie w pomoc biednym (zwłaszcza dzieciom czy starszym osobom) i podarowuje swoją pomoc przez cały rok. 

Firma męża Kolumbijczyka ma nawet zatrudnioną tylko do tego celu osobę, która zajmuje się rozdzielaniem comiesięcznego budżetu pomiędzy fundacje. Pomoc jest również niefinansowa: odwiedziny i rozmowa (taki niewielki wysiłek dla nas, a tak wiele dla nich znaczy), nauka angielskiego czy jakiegoś sportu lub gry na instrumencie muzycznym, naprawa komputerów, malowanie ścian, gotowanie obiadu - pomysłów jest tyle ile potrzeb.



Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.