Maicao - echa kontrabandy na granicy z Wenezuelą

Z ponad tygodniowego pobytu nad Wybrzeżem Karaibskim (lub jak się po prostu mówi w Kolumbii La Costa - Wybrzeże) przywieźliśmy dużo wrażeń i zdjęcia. Tych, co czekają na reportaż z piaszczystych plaż na razie muszę rozczarować, bo zaczynam z grubej rury: najbrzydsze miasto Kolumbii, gdzie do dziś pobrzmiewa echo niedawnej kontrabandy.




PLUSY POSIADANIA KOLUMBIJSKIEJ RODZINY

Zaletą posiadania partnera oraz rodziny kolumbijskiej jest, że potrafią zweryfikować oraz przedstawić w innym świetle informacje, które tak łatwo można dziś znaleźć w Internecie i o których zwykły turysta nie ma pojęcia. Np. gdzie serwują najlepsze lokalne dania, że to co mnie gryzie po nogach to nie komary i nie pchły ale jejenes (o których będzie, och będzie osobny post), dlaczego nie ma rozkładu jazdy autobusów odjeżdżających do La Guajira, gdzie jeszcze istnieją bezludne plaże w Kolumbii, złożyć zamówienie na wybraną kolorystycznie przez siebie oryginalną torbę szczepu Wayuu bezpośrednio u Indianina lub po prostu pojechać w miejsca, do których nie zajrzałby żaden szanujący się turysta.

Tym sposobem, tuż po przylocie do Santa Marta, gdzie stacjonowaliśmy u rodziny w ośrodku wypoczynkowym dla pracowników Marynarki Kolumbii, dowiedziałam się, że następnego dnia pojedziemy do Maicao [czyt. maikao], największym po Cúcuta mieście przy granicy z Wenezuelą. Cel - zakup świątecznych prezentów i jedzenia po atrakcyjnych cenach dla dzieci z biednych rodzin. "La Guajira... ale fajnie, przy okazji obejrzę sobie słynną pustynię" - pomyślałam. "Sí, vamonos!" (że tak, że jedźmy) i zaczęłam nucić "Guantanamera / Guajira Guantanamera...", nieważne, że piosenka kubańska...

DLACZEGO LA GUAJIRA PRZYPOMINA MI PUSTYNIĘ BŁĘDOWSKĄ?

O 5 rano wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w kilkugodzinną podróż. Po drodze udało nam się zobaczyć największe szczyty Sierra Nevada de Santa Marta (a zarazem największe szczyty Kolumbii) i zjeść śniadanie w stolicy Departamentu La Guajira, Riohacha [czyt. rioacza]. Po Riohacha odniosłam wrażenie, że pustynia La Guajira to jedno wielkie oszustwo (podobnie jak Pustynia Błędowska) bo dookoła nas wprawdzie podłoże piaszczyste, ale z bujną kłującą roślinnością. Dopiero później dowiedziałam się, że piaski pustyni można zobaczyć na jej krańcu w miejscu zwanym Cabo de la Vela.

POLOWANIE NA BENZYNĘ

Już po drodze zaczyna się "polowanie" na tańszą benzynę, którą Kolumbijczycy za bezcen kupują w Wenezueli i handlują nielegalnie na Półwyspie La Guajira. Benzyna prawie o połowę tańsza niż w Bogocie. Przydrożny interes wydaje się nie wzbudzać większego zainteresowania lokalnych władz porządkowych. Poniżej zdjęcie w drodze do Maicao. Z powrotem bak do pełna zatankowaliśmy u Indianina Wayuu.



MAICAO - OD KICZ PO SZCZURY

Po dotarciu do Maicao zostawiamy samochód i idziemy na eksplorację sklepów. Na jednej ulicy róż z opakowań z zabawkami dla dziewczynek, aż bije w oczy. Kupuje się tylko większe ilości, po 12 lub 24 opakowań. Ceny bardzo korzystne. Po godzinie kursowania pomiędzy jednym sprzedawcą a drugim, kupujemy 12 opakowań lalek a la Barbi u Arabki i 12 traktorów zabawek dla chłopców u Kolumbijczyka. W pewnym momencie zaczyna padać - nie dłużej niż 5 minut. Deszcz, a właściwie spływająca po ulicach woda, jeszcze bardziej uwypukla wady miasta: brak ścieku i publicznych koszy. Cały brud i śmieci nawarstwiające się przy krawężnikach są smutnym faktem. Zaczynają się tworzyć kałuże od chodnika do chodnika. Do tego gorąco i parno. Pomału zaczynam mieć dość, a jeszcze musimy kupić po worku ryżu, cukru, mąki, itp. Chęć traktowania Maicao jako przygody kończy się w momencie, kiedy widzę mężczyznę wynoszącego za ogon szczura ze sklepu. Nie wychodzę już z samochodu do końca zakupów.








MAICAO - CENTRUM KONTRABANDY KOLUMBII

Maicao w latach 70 XX wieku (kiedy rząd Kolumbii chronił wewnętrzny rynek przed napływem zagranicznych produktów) uznawane było za centrum kontrabandy kraju.

Lokalizacja miasta była w sumie uprzywilejowana bo na Półwyspie La Guajira (daleko od centrum politycznego kraju) i przy granicy z Wenezuelą, która w tych latach przeżywała swoją naftową bonanzę. Interesł kwitł, napłynęli Arabowie - miasto uznawane było za bogate. Papierosy Malboro, markowe lodówki i telewizory, zagraniczne tekstylia.... dostać można było wiele. Wszystko zaczęło podupadać w latach 80 i 90 kiedy FARC i ELN weszły do miasta wyłudzając haracze, porywając ludzi lub po prostu ich mordując. Do tego dołożyła się deflacja Wenezueli i zmniejszający się przepływ handlu oraz sankcje rządu kolumbijskiego na kontrabandę. Kolumbia otworzyła też swój rynek na import zagranicznych produktów.





MECZET - NAJŁADNIEJSZE MIEJSCE W MAICAO

Jedynym ładnym miejscem w Maicao jest meczet Omar Iban Al-Jattab, zwany przez lokalnych po prostu La Mezquita (meczet), gdyż jest to jedyny tego typu budynek w okolicy. La Mezquita może pomieścić ponad 1000 osób w środku i jest uznawana za drugi największy meczet w Ameryce Łacińskiej. Budynek wykonany we włoskim marmurze wraz z sąsiadującą szkołą arabsko-kolumbijską wybudowano w 1997 roku i stanowią centrum kultury muzułmańskiej w regionie La Guajira. Budynek jest ogromny i robi wrażenie. Przynajmniej wyjechałam z poczuciem, że oprócz plastikowych lalek Barbi jest w Maicao coś ładnego.





PODRÓŻ Z PRZEMYTNIKIEM

Kilka dni później wracaliśmy do Santa Marta z bezludnej plaży w Palomino (na granicy departamentów Magdalena i La Guajira) autobusem, który z Maicao jechał do Barranquilla. Pod wybranym przeze mnie siedzeniem znajdowała się czarna, twarda i ciężka torba, którą miałam trudność z przesunięciem. Pomyślałam: "pewnie narzędzia do naprawy autobusu". Przesunąć mi ją pomógł koleżka z sąsiedniego siedzenia. "Gracias, muy amable" (że dziękuję, bardzo Pan uprzejmy). Po drodze zatrzymywaliśmy się kilka razy: sprzedawcy lemoniad, ciasteczek, chrupiącego platano, chorizo, frytek i pieczonych ziemniaków ochoczo w autobusie chcieli nam sprzedać swoje wyroby. No, gracias. Kolejny przystanek był dłuższy - coś się zepsuło w mechanice pojazdu, więc przez jakiś czas z zainteresowaniem przyglądałam się tańczącemu na szybie owadowi z długim odwłokiem. Kolejny przystanek - znowu sprzedawcy. Jakiś pan uparcie chciał mi sprzedać swój sok pomarańczowy - chyba nie widział butelki wody w mojej dłoni.

W pewnym momencie koleżka z sąsiedniego siedzenia wyciąga spod moich nóg torbę. A, to jego była! Wyciąga również drugą ze schowka nad głową innego pasażera. Otwiera i zaczyna się przepakowanie. Widzę jakąś lalkę, ale generalnie nie zwracam uwagi. Znowu upycha torby, tym razem lepiej i zanim siądzie zasłania swoje okno zasłonką. Wyciąga zeszyt, który wygląda na zapisany pamiętnik. "Proszę" - myślę sobie - "są jeszcze ludzie, którzy piszą do zeszytu". Kolejny przystanek, do autobusu tym razem wsiada przedstawiciel DIAN (kolumbijski urząd podatkowo - celny) i przechodzi do końca autobusu czujnym (?) okiem obrzucając pasażerów. W tym momencie zdałam sobe sprawę, że czarna torba leżąca pod moimi nogami jest częścią przemytu sympatycznego, wydawałoby się, koleżki z sąsiedniego siedzenia. Och naiwna niewiasto, obywatelko poprawnej Unii Europejskiej! Dzielę się moim spostrzeżeniem z mężem Kolumbijczykiem i szybko myślę, że w razie czego powiem, że... to nie moje! A jak trzeba będzie to wskażę palcem kogo! Funkcjonariusz mija mnie jednak prawie obojętnie, zwróciwszy swój wzrok na moje opalone nogi w szortach, za którymi dobrze ukryła się wspomniana torba. Odetchnęłam z ulgą, jak i zapewnie kolega przemytnik.


View Larger Map

1 komentarz:

A Pinch of Paprika pisze...

super post, bardzo ciekawe!

Obsługiwane przez usługę Blogger.